SAM_0707

Fotografie

Jeszcze dla urozmaicenia wstawię domek Ksawerka sprzed kilku miesięcy i samego Księciunia 🙂

Powrót do przeszłości

Dosłownie przed chwilą mój Ukochany przeglądał zdjęcia na aparacie. Było sporo moich ciążowych. Teraz patrząc na nie, zastanawiam się jak to możliwe, że Ksawi się tam zmieścił? Jak to możliwe, że jemu było tam tak dobrze??? Patrząc na niego, nie dziwię się dlaczego byłam taka gruba 😉 Ciąża… stan BŁOGOSŁAWIONY. Taaaa… przepraszam, ale to jak dla mnie bujdy na resorach. Może mdłości nie miałam (i dzięki Bogu), ale wszystkie te dolegliwości – bóle głowy, kręgosłupa, piersi, chodzenie jak kaczka, rozstępy, częste wizyty w toalecie, niemożność zawiązania buta, wciąż rosnący brzuch a co za tym idzie konieczność wymiany garderoby, zmęczenie, senność, wyrzeczenia, skurcze, obawy etc. – sprawiają, że nikt mi nie powie, że to cudowny stan. Owszem, chwila kiedy brzuch rusza się na prawo i lewo i świadomość, że tam od środka puka do nas nasze dziecko jest magią i nigdy tego nie pojmę (tak samo jak nie pojmę dlaczego aparat zapamiętuje chwile, jak TO????? Ale nie o tym mowa ;)). Jednak stwierdzam i nie boje się o tym mówić, że ciąża fajna nie jest. A już ostatnie miesiące… katorga. Nie mniej jednak to już teraz nieistotne, bo ON mi to wynagradza. Nie powiem, bo i macierzyństwo nie zawsze jest kolorowe, chociaż pewnie najgorsze przede mną. Dziś na przykład za mną kolejny dzień wysokich obrotów. Pobudka, bieganie, prysznic, śniadanie, poranna toaleta, spacer, dom i porządki w ciuszkach, jedzenie, spacer, chwila dla Ksawcia, kąpiel, usypianie i o 21:00 siadłam. Może jestem nienormalna albo jeszcze mam energię, ale mi to póki co nie przeszkadza. Faktycznie dzień za dniem mija, ale co tam.

Dziś zorientowałam się, że mój synek reaguje na dźwięk. Nie że słyszy tak po prostu, ale odwraca głowę w stronę dźwięku. Jakoś dotąd tego nie zauważyłam. Taka mała rzecz, takie może dla niektórych NIC, ale dla mnie to postęp. Kolejny.

Lubię do niego mówić i uważam, że to zaprocentuje. Dlatego opowiadam mu jak to obieram marchewkę, drobię kurczaka dla pieska żeby zjadł albo gotuję zupkę żeby poprzez mleko dotarła ona do niego bo wydaje mi się, że traktując go jak człowieka doprowadzę do jego szybszego rozwoju. Zobaczymy za jakiś czas czy moja teoria się potwierdzi 🙂

Pierwszy raz

Jakby tak się zastanowić to każdego dnia dzieje się w naszym życiu coś, co sprawia nam radość, albo coś co możemy wrzucić do worka z napisem „rozwój”. Zwłaszcza gdy patrzy się na swoje dziecko, rodzic zauważa jak co dzień robi on pewne postępy. Tak samo jak codziennie przeżywamy te „pierwsze razy”. Pierwsza kupka, pierwsze przewijanie, pierwszy dzień w domu, pierwsza kąpiel, pierwszy spacer, pierwszy wyjazd, pierwszy uśmiech…. A nawet jak ten pierwszy raz sprawi nam radość i wydawać by się mogło, że już aż tak nie będziemy się cieszyć z tych kolejnych razów i nie będziemy ich już tak przeżywać, to jednak są takie chwile które mogłabym przeżywać cały czas. Na przykład uśmiech Ksawcia. Gdy wstaję rano i ten człowiek obdarzy mnie tym swoim szczerbatym uśmiechem…. ahhh mogłabym spędzić cały dzień tylko na patrzeniu na niego z uśmiechem od ucha do ucha. Albo gdy po karmieniu zaśnie mi na piersi. Mogłabym tak na niego patrzeć i patrzeć. Wygląda wtedy tak spokojnie i wiem, że jest mu dobrze, a to moja zasługa. Albo gdy płacze, a ja wezmę go w swoje ramiona i on się uspokaja. Tak bardzo jest od nas, rodziców zależny. Albo…. mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Warto zauważać te pierwsze razy, te drobne radości i kiedy to się dzieje zatrzymać się na chwilę i delektować tym. Bo w natłoku codziennych obowiązków i zadań nie zawsze jest na to czas. Dlatego postanawiam sobie, że wieczór będzie takim moim czasem na podsumowanie tych chwil. I kiedyś, za parę lub parenaście lat, gdy będzie mi źle lub po prostu gdy będę chciała do tego wrócić otworzę sobie tego bloga i przeczytam jaki to mój Malutek od zawsze był wspaniały. Albo gdy już jako nastolatek przyjdzie zbuntowany i obrażony na cały świat pokażę mu moje wypociny i razem będziemy wspominać te momenty w domowym zaciszu….

Początki…

Od początku. Nazywam się Eliza i mam 24 lata. Mój mąż Dominik lat 29. Zaczęło się od nas… Pod koniec 2004 roku taki Dominik zauważył taką Elizę. Spotkanie do spotkania, randka do randki i powstała miłość. I tak sobie kwitła owa miłość z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok aż pewnego pięknego sierpniowego dnia wzięliśmy ślub. A jak to w życiu bywa, po ślubie następuje kolejny krok jakim jest tworzenie rodziny. Stąd też dnia 11 września 2012 r. zobaczyliśmy po raz pierwszy dwie kreseczki na teście, co oznaczało, że gdzieś tam we mnie tworzy się życie… to życie ma teraz na imię Ksawery i niebawem skończy 3 miesiące 🙂 urodził się 1 maja 2013 r. Nie powiem, że po wielkich trudach, chociaż łatwo nie było urodzić chłopaka o wadze 4100 g 😉 jednak wystarczy wziąć taką istotkę w ramiona aby zapomnieć o wszystkich bólach i rozkoszować się tym cudownym uczuciem jakim jest miłość do dziecka. Naturalnie to magiczne chwile i każdego dnia pojawiają się nowe elementy które dopełniają tylko to uczucie, ale są i trudne momenty. Ten blog będzie właśnie o tych radościach i smutkach dnia codziennego, o każdym uśmiechu, kupce, wysypce, dźwiganiu główki, ślinieniu się, kolkach, ropiejących oczkach, łapaniu zabawki i co tam jeszcze się będzie pojawiać. Bo rozwój takiego małego wielkiego człowieka to ciężka praca każdego dnia, która pozwala nam rodzicom cieszyć się z rzeczy z których nikt z Nas by się wcześniej nie spodziewał, że mogą sprawiać radość.

Loading...
X